poniedziałek, 22 listopada 2010

I love Japanese supermarkets! (part 2)

There are things weird and wonderful about Japan. For example, one can buy an egg. Nothing special, right? But wait. One can buy a perfectly boiled egg with hard white and slightly runny yolk. The egg comes in a pretty plastic box. Still not amazed? Wait.
The egg is salty. Not only on the outside. It is salty to the very inside of it.
How is that possible??
I can not find a good answer for that, nor internet provides me with any information on this subject. The only good expatiation is a miracle. Or aliens.
Anyway, a boiled salty egg with shelf life longer than canned tuna is both weird and wonderful for sure.
Goodnight, Japan.

I love Japanese supermarkets! :)


My favourite maki with tuna and spring onion,
my all favourite scallops sashimi and tuna sashimi,
a can of Kirin beer.

And this all costs 700 yen (evening discount on raw fish), meaning ... 5 quid! Haha!
Envy me!;)

czwartek, 18 listopada 2010

Nie mogę nadziwić się, jak bardzo po macoszemu traktowałam tego bloga. W postach same pożegnania, kilka zdjęć i tylko troszkę tekstu, w którym opisuję japońskie przygody inne niż wyjeżdzanie skądś. I jeśli już takowy tekst się pojawia, Boże, jakże on marny! Myślę i myśle i szukam powodu dla takiego stanu rzeczy. Znajduję kilka, ale żaden nie jest dość dobry, żeby mnie usprawiedliwić.
Może to, że bolą mnie plecy było by wystarczająco dobrą wymówką? Ale cóż, bolą mnie na własne życzenie, bo tylko ktoś tak głupiutki jak ja postanawia pchać się do shinkansenu z rowerem na jednym ramieniu i torbą rowerową na drugim. Czyli nic z tego. Dalej nie mam wymówki.
Znów jestem w Osace. Wbrew moim oczekiwaniom, nie mam poczucia, że czas stanął w miejscu i od mojego wyjazdu do Nary na początku września minęło ledwie parę dni. Nie, minęły niemal trzy miesiące i jest to bardzo odczuwalne. Przede wszystkim, przyszła jesień. Żar i oblepiająca wilgoć azjatyckiego lata są już dalekim wspomnieniem, wszyscy normalni ludzie wyciągneli kurtki i założyli czapki. Ja nie miałam kurtki do wyciągnięcia, więc tylko zaopatrzyłam się w nową polarową czapkę, aby choć trochę dostosować swój strój do pory roku. I uratować swoje uszy przed odpadnięciem z zimna, co może się przydarzyć, jeśli jesienią jeździ się na rowerze.
W Tokio na rowerze nie jeździłam. Miasto jest zbyt duże, zbyt tłoczne, zbyt niedostosowane dla cyklistów. Oczywiście, wszędzie pełno jest ludzi na rowerach, ale oni tylko dojeżdżają do stacji metra, przypinają tam swój miejski rowerek na parkingu (czasami dwupoziomowym!) i w swoich eleganckich butach wsiadają do pociągu. W różowym polarze na moim niebieskim rowerze, jakoś nie mogłam wtopić się w tokijski tłum. Wciąż prześladowała mnie myśl, że pot rasy białej ma dla Azjatów wyjątkowo nieprzyjemną woń. I że po zsiąściu z roweru niezawodnie jestem jej źródłem.
Tak więc, w Tokio nie jeździłam na rowerze, ale osakijskie ścieżki rowerowe mam już przetarte i, o ile tylko do jutra przestanie mnie łupać w pasie, mam zamiar na nie powrócić.
A od mojego wrześniowego pobytu w Osace zmieniła się nie tylko pogoda, ale też mój zasób słownictwa i swoboda posługiwania się Japońskim. Dalej jestem idiotką, która posługuje się setką prostych terminów, ustawiając je w odpowiedniej kolejności, aby dokonać podstawowego aktu komunikacji, ale teraz przynajmniej jestem bardziej pewną siebie idiotką. I japoński wreszcie stał się dla mnie czymś innym, niż tylko układanką, czy problemem logicznym. Wreszcie dostrzegłam w nim język, który jest żywy i który
Boże, jestem na to zbyt śpiąca. Bardzo chciałam napisać coś fajnego, ale na prawde bolą mnie plecy i na prawdę zamykają mi się oczy.
Dobranoc.

It ain't wise to need someone


Well, I wished for it, but I didn't fell in love in Tokyo. At least I fell in love with Tokyo, which is not bad at all either.


wtorek, 16 listopada 2010

ML Hostel :) i ... ZAGADKA xD

Fakty:
1) byłam we wrześniu w Narze
2) nocowałam w świetnym malutkim ML-hostel
3) wczoraj niejaka Agnieszka wraz z chłopakiem też nocowali w ML-hostel
4) właściel wysłał mi dziś maila z podziękowaniem, że poleciłam jego hostel Agnieszce

Pytanie:
1) kim jest Agnieszka, która wraz z chłopakiem podróżuje teraz po Japonii?

xD

czwartek, 11 listopada 2010

Polish Independence Day




For everybody who doesn't know: 11.11 is Polish Independence Day!
And for everybody who knows - a nice picture found on the web!:)

Wesołego Dnia Niepodległości! :)


(no, bo skoro na przykład Amerykanie mogą z radości malować sobie na paznokciach flagę, to my chyba mamy dzisiaj też prawo się cieszyć:D

Post zupełnie bez sensu, lepiej nie czytać...

Zaczynam świrować. Ponad dwa miesiące bez zakupów, bez dostępu do moich butów i torebek zaczyna mieszać mi w głowie. Zwłaszcza w Tokio. Póki siedziałam wśród lasów i pól Yamanashi wszystko było dobrze, było idealnie, umazane końskim łajnem kalosze stanowiły szczyt mojego modowego wysublimowania. Ale w Tokio... w Tokio zaczynam świrować. Ot, czekam sobie na stacji na spóźniającego się współjaponistę. Spóźnił się już kwadrans, czas wejść do najbliższego sklepu.
Jest źle.
To sklep ze skarpetkami, rękawiczkami i szalikami. Mierzę pierwsze z brzegu rękawiczki, Chloe, skóra bordo łączona z dzianiną w pepitkę. Ładne, ale to nie to. Obok leżą takie same, kawowe. Robi się coraz gorzej. Mierzę kawowe, leżą idealnie. Hmm, nawet nie takie drogie, 9 tysięcy. Ładne, może, gdybym miała tego mana (man = 10tyś jenów) na zbyciu, ale nie, jakoś bez nich przeżyję.
Na półce obok leżą rękawiczki, bez których n i e p r z e ż y j ę.
Długie, do łokcia, ze skóry w moim ulubionym ciemno zielonym kolorze. Rozcięte od góry wzdłóż przedramienia, zebrane pięcioma maleńkimi skórzanymi kokardkami. Metka, Givenchy, a tuż poniżej – 19,5 tysiąca jenów.
No, nie tak drogo... Zaczynam kalkulować. Nagle dwa many wydają mi się zupełnie małą kwotą. Spaceruję z zielonymi rękawiczkami w ręku po sklepie, zastanawiam się, z czm można by je połączyć. Musiałabym kupić płaszcz z krótkimi rękawami... Albo może bezrękawnik i sweterek z rękawami do łokcia?
Nagle uświadamiam sobie, że tysiąc jenów to prawie czterdzieści złotych, a dwa many, to prawie osiemset... Za rękawiczki... Zielone... Givenchy... No, nie tak znowu dużo...
Odkładam rękawiczki nanajbliższą półke i szbko wychodzę przed sklep. Cholera, współjaponista dalej spóźniony, już pół godziny. Wyjmuję komputer i siadam sobie pod ścianą, trzeba przelać mój smutek na ekran. Dama w kremowym kimonie omiata mnie wzrokiem i kurtuazyjnie odwraca się w drugą stronę. Pewnie przykro jej patrzeć na moje półtraperki i płucienną torbę z Primarku.
Jak bardzo dorosłam do tego, żeby wreszcie zacząć sie stroić! Kilka nieodpowiednich książek i kilka nieodpowiednich filmów, a później dwa tygodnie w Tokio sprawiły, że zaczęłam przychylnym wzrokiem parzeć na wystawy Prady i Ferragamo. Jakże to potwornie nie praktyczne, w sytuacji, w której nie zarobiłam nic od osiemnastu tygodni! Bez sensu, bez sensu, bez sensu. Zawiodłam się na swoim rozsądku.
Jeśli mam wydawać zarobione pieniądze (fuu, to się wiąże z konieczością pracowania...) na durne szmatki, a później paradować odstawiona, jak manekin, to muszę być bardzo, bardzo mądra. W tym konkekście antropologia mediów na SOASie nabiera nowego sensu. Mogę być niunią na szpilkach tylko, jeśli będę bardzo wyedukowaną niunią. I wysportowaną. Wszysktie moje aktywności – od nauki po sport – muszą zostać wzmożone, żebym nie czuła się źle w rękawiczkach za osiemset złotych.
Ta zaskakująca konstatacja sprawiła, że nie tęsknie już do zielonych śliczych rękawiczek. Nie jestem na nie gotowa i one nie są gotowe na mnie. To tak, jak z nowymi oprawkami do okularów, które postanowiłam sobie kupić tylko, jeśli dostanę się na magisterkę. Dostałam się i teraz będę miała poczucie, że w pełni na nie zasłużyłam.
Uroczo, że sama sobie stawiam wymagania. Ale nigdy nie udawałam, że mam wszystko okej z głową.
A współjaponista spóźnia się prawie pięćdziesiąt minut. Nie, żeby mi się nie zdarzyło. Poczekam jeszcze kwadrans. Problem polega na tym, że jeśli nie przyjdzie, nie wiem, gdzie iść. Nie wzięłam przewodnika, a w pobliżu nigdzie nie ma wifi. Mój czas w Tokio powoli sie kończy i bardzo chciałam zrealizować dziesiejsze plany.
Przechodnie patrzą się na mnie coraz bardziej podejrzliwie. Czas chyba wstać z marmurowej podłogi i zacząć sie zachowywać, jak porządny człowiek. Niech tylko współjaponista już przyjdzie, bo cały mój misterny plan usankcjonowania braku pieniędzy na rękawiczki może wziąć w łeb i gotowam wyjąć z portfela kartę kredytową...